Superbohater Faluś - Bunt i wybuchy złości
Bajka dla dziecka które ma wybuchy złości i bije inne dzieci - idealna dla przedszkolaków i dzieci 5-7 lat. Ta audiobajka o złości i agresji uczy techniki "Spokojnej Fali" - trzech kroków radzenia sobie z gniewem: nazwij emocję, daj ciału ujście (głębokie oddechy, ściskanie), wyrażaj potrzeby słowami zamiast krzykiem czy biciem.
Kluczowe informacje
- Problem: Wybuchy złości - dziecko krzyczy, rzuca przedmiotami, bije rodzeństwo
- Wiek: 5-7 lat (starsze przedszkolaki i młodszy wiek szkolny)
- Rozwiązanie: Technika 3 kroków Spokojnej Fali: nazwij emocję, daj ciału ujście (oddech/ściskanie), powiedz czego potrzebujesz
- Bunt i wybuchy złości
- 28 sty, 2026
Poradnik dla rodziców: Bunt i wybuchy złości u dziecka
Superbohater Faluś i Burza Podwodnego Gniewu.
W głębokim, cichym oceanie, tam gdzie fale zasypiają razem z dziećmi, istniało tajemnicze podwodne miasto – Muszelkowo. Krzesła z wodorostów stały tam grzecznie przy stolikach z koralowców, małe rybki śmiały się w bąbelkach, a muszle‑lampki świeciły miękkim światłem jak nocne lampki przy łóżku.
A w samym środku Muszelkowa, w niewielkiej, przytulnej jaskini z perłowymi ścianami, mieszkał ktoś bardzo wyjątkowy – mały superbohater Faluś. Miał siedem lat, niebiesko‑zielone włosy falujące w wodzie i pelerynę z cienkich, błyszczących glonów. Na piersi nosił znak: małą, srebrną falę.
Pewnego spokojnego wieczoru krzesła z wodorostów stały prosto, żadna ściana się nie trzęsła, a rodzeństwo Falusia – małe rybki: Plamka, Bąbelek i Iskierka – bawiły się, chichocząc. Faluś leżał na miękkiej gąbce zamiast łóżka, otulony algową kołderką. Oddychał równo, spokojnie, a w jego środku panował spokój tak cichy, jak dno oceanu nocą.
Nikt by nie uwierzył, że jeszcze niedawno w tym samym domu szalała groźna burza. Burza, która potrafiła przewracać krzesła z wodorostów, straszyć małe rybki i trząść całym Muszelkowem.
To była Burza Podwodnego Gniewu… która mieszkała w samym środku małego superbohatera.
Jak to się stało, że teraz jest tak spokojnie? To jest właśnie historia, którą trzeba opowiedzieć od początku.
Dawno, choć tak naprawdę nie aż tak dawno, Faluś myślał, że jest po prostu „złym” superbohaterem.
– Dlaczego ja tak się wściekam? – pytał czasem, kopiąc nogą w piasek na dnie.
Bo gdy coś szło nie po jego myśli – kiedy klocki z koralowców się rozsypywały, gdy mama prosiła, żeby skończył zabawę, albo kiedy Bąbelek przypadkiem przewracał jego wieżę z muszelek – w środku Falusia zaczynało się coś dziać.
Najpierw czuł gorąco w brzuchu, jakby ktoś nagle włączył tam mały wulkan. Potem serce zaczynało mu bić szybciej, jak stukot krabowych nóżek. W uszach szumiały mu fale. W głowie pojawiała się tylko jedna myśl:
– NIE! Teraz! MOJE!
A potem… zaczynała się burza.
– Aaaaa! – krzyczał Faluś, aż bąbelki unosiły się pod sufit jaskini. Jego ręce zaczynały miotać się jak wściekłe węgorze. Krzesła z wodorostów przewracały się, lekkie stołeczki wirowały, a kubeczki z muszelek turlały się po piasku.
Czasem Faluś tak mocno machał rękami, że uderzał Plamkę albo Bąbelka. Nie chciał. Naprawdę nie chciał. Ale w tamtej chwili burza była za silna.
– Mamo! – piszczała Plamka, chowając się za glonową zasłonką. – On znów krzyczy! – płakał Bąbelek. Iskierka nie mówiła nic, tylko robiła się maleńka jak plankton i uciekała w kąt.
Mama Falusia, ciepła i spokojna jak morska trawa na dnie, podchodziła do niego ostrożnie.
– Faluś, stop. Oddychaj. – prosiła. Ale Faluś nie umiał. Czuł tylko burzę.
Kiedy burza wreszcie się kończyła, wszystko było wywrócone do góry nogami: krzesła, zabawki, myśli w głowie Falusia… i serca jego rodzeństwa.
– Dlaczego ja tak robię? – szepnął raz Faluś, kiedy został sam na skraju miasta, siedząc na wielkiej skale porośniętej glonami. – Przecież ja nie chcę być potworem…
Wtedy w jego brzuchu znów coś zabulgotało, ale tym razem nie była to złość. To był smutek.
Następnego dnia Faluś postanowił, że już nigdy nie będzie krzyczał. Nigdy nie będzie wrzeszczał, nigdy nie rzuci niczym, nigdy nikogo nie uderzy.
– Będę najspokojniejszym superbohaterem w Muszelkowie – powiedział sobie, zaciskając mocno pięści. – Tak spokojnym, że aż nudnym.
Kiedy wrócił do domu, mama uśmiechnęła się do niego.
– Jak tam, mój falowy superbohaterze? – Wszystko dobrze – odpowiedział zbyt szybko. – Już się nigdy nie zezłoszczę.
Mama popatrzyła na niego uważnie, ale nic nie powiedziała.
Tego dnia wydarzyło się kilka rzeczy:
Najpierw Bąbelek przypadkiem wlał mu do talerza zupę z alg za dużo błyszczących kamyków, które Faluś lubił jeść osobno. Zawsze z osobnego talerzyka.
W brzuchu Falusia coś drgnęło. – Oj, nadciąga fala… – pomyślał.
Ale przypomniał sobie swoje postanowienie.
– Nic się nie stało – powiedział, aż zęby mu zadrżały. – Przepraszam… – wymamrotał Bąbelek, trochę przestraszony. – Mówię przecież, że NIC – syknął bardzo cicho Faluś i z całej siły uśmiechnął się sztucznie.
Potem Plamka, tańcząc w wodzie, nadepnęła ogonkiem na jego ulubioną muszlę, robiąc na niej małą ryskę.
W brzuchu Falusia zrobiło się goręcej. – Nadciąga większa fala… – pomyślał.
Znów zmusił się do uśmiechu.
– Nic… nic… – wyszeptał, a mięśnie w ramionach miał tak sztywne, jakby był zrobiony z kamienia, a nie z wody.
Wieczorem tata powiedział: – Faluś, czas kończyć zabawę. Trzeba sprzątnąć klocki z koralowców. – Ale ja dopiero zacząłem! – odpowiedział Faluś, czując jak w brzuchu coś już nie drga, tylko buzuje.
Chciał krzyknąć: – „NIE! TERAZ! MOJE!” Ale przecież sobie obiecał.
Więc tylko ścisnął zęby i ramiona jeszcze mocniej, tak jakby chciał związać burzę grubą liną.
– Już sprzątam – powiedział, ale jego głos był jak napięta struna.
Zaczął zbierać klocki, jeden po drugim, a w nim rosła, rosła, rosła cicha, wielka fala.
Gdy wszyscy poszli spać, Faluś próbował też spać. Położył się na swojej gąbkowej poduszce, zamknął oczy.
A wtedy…
BUM!
W środku niego coś wybuchło. Nie na zewnątrz – w środku. Serce zaczęło mu tłuc o żebra, oddech stał się szybki, oczy same się zaszkliły.
– Nie wytrzymam… – wyszeptał w ciemności. Zwinął się w kłębek. Miał ochotę krzyczeć, rzucać, tupać. Ale nikogo nie budził. Trzymał to wszystko w sobie.
Łzy powoli wypłynęły z jego oczu jak słone kropelki.
– Nienawidzę tej burzy… – szepnął. – Nienawidzę siebie, kiedy ją czuję.
Tego wieczoru nic się nie przewróciło w domu. Ale w środku Falusia wszystko było wielkim bałaganem.
Pierwsza próba się nie udała.
Następnego ranka Faluś czuł się bardzo, bardzo zmęczony. Tak, jakby całą noc pływał pod prąd.
– Wyglądasz na niewyspanego, mój drogi – powiedziała spokojnie mama. – Co się dzieje? – Nic – mruknął Faluś i popłynął do wyjścia z jaskini.
Tego dnia w Muszelkowie była wielka zabawa: Wyścig przez Rafę Tęczowych Koralowców. Wszyscy mali superbohaterowie, rybki i krewetki mieli brać udział.
– Faluś, Faluś, chodź z nami! – wołał jego najlepszy przyjaciel, żółwik Turbolik. – Będziemy ścigać się aż do wielkiej, złotej muszli!
Na początku było fajnie. Faluś zapomniał o burzy. Śmiał się, pluskał, gonił za innymi.
Aż do momentu, gdy jeden z większych chłopców, rekin Szarpek, zepchnął go lekko płetwą.
– Hej, mały falowy, ja pierwszy! – zaśmiał się szyderczo, przepływając przed nim i zasłaniając mu drogę.
W brzuchu Falusia coś pękło.
Cały wczorajszy dzień „nic się nie stało”… cała noc trzymania w sobie burzy… wszystkie „NIC” nagle zamieniły się w jedno wielkie:
– NIEEEEEE!
– Ej, to był tylko żart… – zaczął Szarpek, ale nie zdążył.
Burza ruszyła.
Faluś zaczął wrzeszczeć: – NIE PCHAJ MNIE! TO NIESPRAWIEDLIWE! ZAWSZE MI WSZYSTKO ZABIERACIE!
Jego głos przeszył wodę jak piorun. Małe rybki aż się cofnęły. Turbolik odsunął się powoli.
– Stary… spokojniej… – spróbował.
Ale Faluś nie słyszał już nikogo. Ramiona zaczęły mu się szarpać, woda wokół niego zawirowała.
– NIE! NIE! NIE! – krzyczał, rzucając piaskiem, kopiąc w skałę i przewracając małe chorągiewki wyścigowe.
Krzesła z wodorostów przy stoisku z przekąskami przewróciły się z hukiem. Koralikowe medale poplątały się.
Nawet stary mądry ośmiorak, pan Oktopan, odsunął się o krok, poruszając ostrożnie mackami.
Kiedy burza się skończyła, wszyscy patrzyli na Falusia wielkimi oczami.
Szarpek stał z boku, cicho. Nagle wcale nie wyglądał na takiego pewnego siebie.
– Ja… ja tylko… chciałem się pościgać – mruknął.
Faluś poczuł, jak do gardła podchodzi mu gula.
– Znowu to zrobiłem… – pomyślał.
Tego dnia wyścig odwołano, bo większość dzieci się przestraszyła. Chorągiewki trzeba było naprawiać, krzesła stawiać na nowo. Rodzice szeptali między sobą:
– To ten chłopiec, wiesz, ten z burzą… – Z Falusiem trzeba uważać…
A w Falusiu znów zrobiło się strasznie pusto.
Druga próba też się nie udała.
Wieczorem, kiedy Faluś, czerwony ze wstydu, siedział sam za wielką skałą z fioletowymi gąbkami, podpłynął do niego ktoś spokojny, duży i bardzo powolny.
To był pan Oktopan, ośmiornica znana w całym Muszelkowie jako najmądrzejszy stwor – prowadził Szkołę Spokojnych Fal dla wszystkich, którym fale w sercu czasem wymykały się spod kontroli.
– Widzę tu jakąś smutną falę – powiedział ciepłym, miękkim głosem. – Czy to przypadkiem nie mój znajomy superbohater Faluś?
– Ja nie jestem superbohaterem – warknął Faluś, nie podnosząc wzroku. – Ja jestem potworem burzowym. Wszyscy się mnie boją.
Oktopan powoli usiadł obok, układając swoje długie macki na piasku.
– Ciekawe, bo ja widzę chłopca, który ma w sobie dużo, dużo mocy i zupełnie nie wie, jak ją nosić – odpowiedział.
– Moc? Jaka moc? – prychnął Faluś. – To tylko złość. Wybucha. Psuje wszystko. Uderzam innych, przewracam krzesła, wszystko się trzęsie. Chciałem ją schować, udawać, że jej nie ma… ale wtedy rozrywa mnie w środku. A jak ją puszczam, wszyscy cierpią.
Pan Oktopan kiwnął lekko głową.
– Znasz takie miejsce, gdzie są bardzo silne fale? – zapytał. – No… przy Prądzie Huraganowym – odpowiedział Faluś, zaskoczony pytaniem. – Tylko dorośli mogą tam pływać, bo tam ciągle huczy i wszystko szaleje.
– A jednak nawet tam – uśmiechnął się Oktopan – są specjalne podwodne wiatraki, które zamieniają siłę fal w energiczne światło dla całego Muszelkowa. Fale same w sobie nie są złe. To tylko energia. Zależy, co z nią zrobisz.
Faluś spojrzał na niego z niedowierzaniem.
– Chcesz powiedzieć, że moja burza może być… dobra?
– Chcę powiedzieć, że twoja burza może być mądrze prowadzona – odpowiedział pan Oktopan. – Ale najpierw musisz zrozumieć, że ZŁOŚĆ sama w sobie nie jest zła. To tylko sygnał, że coś jest nie tak. Jak dźwięk muszli trąbkowej, która woła: „Halo, halo, tu coś boli! Tu jest niesprawiedliwie! Tu jest za trudno!”
– Ale ja wtedy wszystko rozwalam… – opuścił głowę Faluś.
– Bo do tej pory miałeś tylko dwie metody: udawać, że burzy nie ma i robić się twardy jak skała… albo pozwolić jej szaleć, aż wszystko się przewróci – powiedział łagodnie Oktopan. – Spróbowałeś dwóch sposobów. Jeden zranił ciebie w środku, drugi zranił innych na zewnątrz. Może czas na trzeci, zupełnie inny?
– Trzeci? – Faluś uniósł głowę. – Jaki?
Oktopan uśmiechnął się tajemniczo.
– Usiądź wygodnie, superbohaterze. Czeka cię Trening Spokojnej Fali.
Pan Oktopan zaprowadził Falusia do swojej szkoły – małej jaskini pełnej miękkich gąbek i kolorowych muszelek. Na ścianach wisiały rysunki fal: małych, dużych, spokojnych i szalonych.
– Najpierw nauczymy się rozpoznawać burzę, zanim stanie się ogromna – powiedział Oktopan. – Powiedz, co czujesz NAJPIERW, kiedy zaczynasz się złościć?
Faluś zastanowił się chwilę.
– Najpierw… w brzuchu robi się gorąco. Trochę jak… jakby tam mieszkała mała lawa.
– Świetnie. – Oktopan pokiwał mądrze głową. – To jest pierwszy sygnał. A potem?
– Serce zaczyna bić bardzo szybko – dokończył Faluś. – A ręce chcą coś zrobić. Jakby same.
– Doskonale – powiedział pan Oktopan. – Właśnie poznałeś mapę swojej burzy. A teraz nauczymy się, co zrobić zanim urośnie.
Oktopan położył przed Falusiem trzy muszelki.
– To są trzy kroki Spokojnej Fali. Nie do używania po burzy. Przed.
Krok pierwszy: Nazwij falę
– Kiedy poczujesz gorąco w brzuchu, powiedz w myślach albo na głos: „Jestem zły. Coś jest dla mnie za trudne.” – Samo nazwanie fali sprawia, że nie musi krzyczeć – wyjaśnił Oktopan.
Faluś spróbował. – Jestem zły… I ku jego zdziwieniu gorąco w brzuchu przestało rosnąć.
Krok drugi: Daj ciału ujście
– Burza to energia – mówił Oktopan. – Trzeba jej bezpiecznej drogi. Pokazał Falusiowi trzy sposoby: ściskanie gąbki, mocne dmuchanie bąbelków i pływanie pięć wolnych ruchów płetwą.
Faluś dmuchnął. Raz. Drugi. Trzeci. Serce zwolniło.
Krok trzeci: Powiedz, czego potrzebujesz
– Złość często jest listem bez adresu – uśmiechnął się Oktopan. – Trzeba ją wysłać słowami. – Czyli…? – „Jestem zły, bo to moje.” Albo: „Jest mi trudno, potrzebuję pomocy.”
Faluś poczuł, że to… możliwe.
Pierwszy test Spokojnej Fali
Kilka dni później Bąbelek znów przewrócił jego wieżę z muszelek. Gorąco w brzuchu – jest. Serce szybciej – jest.
Faluś zamknął oczy. Jestem zły. Coś jest dla mnie za trudne. Ścisnął gąbkę. Dmuchnął bąbelki.
– Jestem zły, bo to była moja wieża – powiedział drżącym, ale spokojnym głosem. – Nie chciałem, żeby się przewróciła.
Bąbelek zamarł. – Przepraszam… Mogę pomóc ją odbudować?
Burza… nie wybuchła. Zamieniła się w falę, która opadła.
Gdy burza jednak wraca
Nie zawsze było idealnie. Czasem Faluś zapominał. Czasem krzyczał. Ale teraz wiedział coś nowego: po burzy można naprawiać.
– Przepraszam, uderzyłem. Byłem bardzo zły – mówił. – Następnym razem spróbuję fali.
Rodzeństwo uczyło się, że burza Falusia to nie on. To sygnał. A Faluś uczył się, że superbohater nie jest tym, kto nie czuje gniewu, tylko tym, kto prowadzi swoją moc.
Podwodne Miasto znów spokojne
Dlatego dziś w Muszelkowie krzesła z wodorostów stoją prosto. Burza Podwodnego Gniewu nadal istnieje – ale ma już kanały, wiatraki i światło.
A Faluś, mały superbohater z falą na piersi, zasypia spokojnie, wiedząc jedno:
Złość to nie potwór. To wiadomość. A ja już umiem ją czytać.
Share: